InformacjeRecenzja - PC

Władca Pierścieni: Podbój - recenzja

... Grzegorz Ornoch Nieprzygotowana próba podboju

Od dawien dawna dziwi mnie pewien fakt. Mianowicie chodzi o najbardziej znane dzieło Tolkiena – Władcę Pierścieni – i wirtualne adaptacje tejże trylogii. Przed premierą filmu Petera Jacksona gier wykorzystujących to szalenie bogate uniwersum było jak na lekarstwo. Zaglądając w głąb pamięci przypominam sobie tylko tytuły z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Machina ruszyła dopiero po kinowym debiucie adaptacji tolkienowskiej literatury. Rozpoczął się wówczas istny szał, dzięki któremu ludzie, w tym oczywiście gracze, przypomnieli sobie o istnieniu Władcy. W przeciągu kilku lat otrzymaliśmy bodaj dwa RPG-i, kilka wartych uwagi strategii oraz wszelakiej maści gry akcji.

I jeszcze jeden i jeszcze raz...

Wydawca posiadający prawa do filmowej trylogii postanowił po raz kolejny zaproponować graczom nieskomplikowaną "rąbankę", zorientowaną głównie na możliwości zabawy w sieci. Brzmi całkiem obiecująco uwzględniwszy fakt, że zapowiadano przeniesienie wszystkich filmowych bitew w wirtualne realia. Wyobraźcie sobie tylko ogromną batalię na Polach Pelennoru, gdzie po przeciwnej stronie barykady stoją inni gracze. Mogło wyjść z tego naprawdę coś sympatycznego, ale - jak w większości przypadków - coś nie do końca poszło zgodnie z planem.

Za najnowszy twór spod znaku Władcy Pierścieni odpowiada Pandemic Studios - autorzy między innymi ciepło przyjętych Star Wars: Battlefront, Full Spectrum Warrior czy Mercenaries, a więc ekipa z doświadczeniem i naprawdę zacnymi tytułami na koncie. Tym bardziej serce me się radowało, gdy widziałem charakterystyczne logo dewelopera na pudełku. I właściwie tyle było całej tej ekscytacji, bo w końcu przyszedł czas na to, by grę zainstalować i niestety ją ukończyć.

Od początku wiadomo było, że Podbój korzysta tylko i wyłącznie z tego, co oferuje licencja filmowa. Żadnych dodatkowych wątków i nawiązań do motywów czysto literackich tu nie odnajdziemy. Mamy zatem do czynienia z kolejną adaptacją filmowego przeboju, tym razem poruszającą – jak już zdążyliśmy wspomnieć - temat największych bitew, znanych ze srebrnego ekranu. Warto przy tym dodać, że twórcy posunęli się o krok dalej i w jednej z dwóch dostępnych kampanii zaproponowali alternatywną historię, w której to tryumfatorem jest najokrutniejszy z okrutnych w Śródziemiu – sam Sauron. I to tyle jeśli chodzi o inwencję, reszta sypie się niczym Barad-dûr w finale Powrotu Króla. Łubu dubu...

Zanim jednak gracz wcieli się w postać któregoś z czarnych charakterów Śródziemia, musi przebrnąć przez wyglądającą dosyć znajomo kampanię Sił Dobra, nazwaną tutaj Wojną o Pierścień. Wśród miejscówek, które mamy okazję odwiedzić w tej części gry, znalazły się między innymi Helmowy Jar, Osgiliath, Kopalnie Morii czy Wichrowy Czub. Nie są one ze sobą spójnie połączone, każda z lokacji to nic innego, jak tylko pojedyncza misja poprzedzona migawkami z filmu. Im dalej udało nam się zajść, tym większy dostrzegaliśmy w tym wszystkim chaos.

Zdecydowanie brakuje tu jakiegoś spoiwa łączącego poszczególne etapy. Kilkuzdaniowe opisy przed i po każdej misji są w porządku, ale tylko jako wprowadzenie umilające oczekiwanie na załadowanie gry. Mamy za to wyjęte z kontekstu motywy i znane z filmu główne cele do wykonania. Choć te ostatnie też do końca wierne dziełu Petera Jacksona nie są. Czasem dochodzi wręcz do istnych absurdów, kiedy dla przykładu w Kopalniach Morii Gandalf może niechybnie polec w boju, co nie zakończy gry, wszak pomsty na Balrogu dokona wówczas zwykły wojak jakich wielu. A już kompletnie rozłożył nas moment najazdu na Rivendell w kampanii Złej Strony. Wówczas pod postacią samego Saurona staramy się raz na zawsze wysłać za wielką wodę Elronda. W przypadku zejścia naszego protagonisty zostajemy po prostu przeniesieni do menu wyboru postaci i kończymy sprawę już w skórze orczego pomiotu.

Brak tu konsekwencji, zaś najwięksi bohaterowie walk o Pierścień są w grze dostępni tylko jako chwilowe wsparcie w kluczowych momentach, którego – żeby było śmieszniej – wcale nie musimy wykorzystywać. W kampanii sił Saurona jeszcze można to jakoś przeboleć, gdyż misje tam dostępne są wynikiem wyobraźni twórców, zabawiających się nieco treścią i starających się pokazać, co by było, gdyby... W tych zgodnych z powszechnie znaną fabułą etapach trochę razi tego typu rozwiązanie, jeśli oczekuje się w miarę zgodnej z oryginałem adaptacji filmowych zmagań. To byłby tylko jeden z problemów dręczących grę.

Chaaarge!!!

Innym jest choćby lekko przestarzała - z punktu widzenia współczesnych gier - konstrukcja misji. Od czasów, gdy świat ujrzał Battlefronty, pewne mechanizmy poszły parę kroków do przodu, nabierając głębi. W Podboju wałkujemy nieustannie ten sam płytki i biednie zrealizowany schemat. Z rzadka pojawiają się drobne urozmaicenia. Są to dla przykładu minigierki w trakcie ataku na Olifanta (jakieś pięć sekund klikania w odpowiednie przyciski), zdarzają się także momenty, gdy mamy okazję kontrolować trolla. Obecna jest również krótka sekwencja z Balrogiem - wielkim na cały ekran i zasłaniającym widok, co w konsekwencji potrafi doprowadzić do niemałej frustracji.

Generalnie mechanika gry opiera się na konieczności zajmowania i obrony kluczowych na mapie obszarów. Choć czasem trzeba po prostu kogoś (lub coś) konkretnego zlikwidować, nie martwiąc się o nic innego. Ot i cała filozofia działania na polu walki. W samotnej rozgrywce dość szybko staje się to nudne i nieciekawe. Przyznamy, że końcówkę kampanii Sił Dobra ledwie zmęczyliśmy, byleby odblokować misje ekipy z Mordoru - trzeba dodać, że lepsze od tych z Wojny o Pierścień, nieco żywsze, a tym samym mniej nużące.

Magia i strzały Całe szczęście, że nie trzeba się w kampaniach jednoosobowych zbyt długo męczyć - są one bardzo zwięzłe. Ukończenie dwóch zestawów misji - w liczbie piętnastu - zajęło nam nieco ponad cztery godziny. Mogłoby się to wydawać czasem skandalicznie krótkim, ale w tym przypadku wdzięczni byliśmy twórcom za brak niepotrzebnych dłużyzn.

Poszło szybko, łatwo i niekoniecznie przyjemnie, ale znośnie, choć bez jakichkolwiek rewelacji. Dopiero rozgrywka sieciowa w Podboju daje okazję do uczestnictwa w bardziej absorbujących starciach i zweryfikowania swych umiejętności. To właśnie podczas bojów za pośrednictwem usługi EA Nation możemy poznać mocne i słabe strony poszczególnych klas postaci. W trakcie sesji na kilku mapach w trybie Podboju - wypadającego dużo ciekawiej od odpowiedników Deathmatchu i Capture the Flag - zauważyliśmy zdecydowaną przewagę dwóch klas - łucznika oraz maga. Niewielu graczy decydowało się np. na słabego w trybie multiplayer wojownika, który w starciu z postacią miotającą pada trupem, zanim sprawdzi, czy przeciwnik miał nieświeży oddech. Dominowała w trakcie zabawy walka dystansowa, mało kto kłopotał się pojedynkami w zwarciu. Chyba ktoś olał sobie zrównoważenie klas w tej grze, bo z czterech dostępnych gra się właściwie tylko dwiema, pozostałe są po prostu zauważalnie słabsze i mało grywalne.

Zwolenników wieloosobowych zmagań, szykujących się do Wojny o Pierścień, musimy zmartwić faktem kompletnych sieciowych pustek. Najczęściej wychodziliśmy z menu gry z niczym, po wielu próbach dostania się na jakikolwiek serwer, gdzie znajduje się więcej niż jeden czy dwóch graczy - tu potrzeba co najmniej ośmiu osób. W przeciwnym wypadku dynamizm i frajda z drużynowej współpracy drastycznie spadają, dobijając kompletnie ten tytuł, notabene wyraźnie skonstruowany pod zabawę z innymi graczami. Niczym orcze lico

Niestety, Władca Pierścieni: Podbój nie zachwyca także w kwestiach technicznych. Częściowo możecie to sami ocenić, spoglądając na załączone screenshoty. W ruchu co prawda grafika wygląda nieco lepiej. Nie widać przede wszystkim rażących niedoskonałości, mocno przeciętnej jakości otoczenia oraz efektów (zwróćcie choćby uwagę na wyraźne łączenia tekstur), ale w niczym nie usprawiedliwia to autorów. Mamy rok 2009, gry obecnej generacji potrafią wręcz olśnić, a tu pojawia się Podbój, serwując nam kilkugodzinny powrót do przeszłości, mniej więcej do okolic 2005 roku.

Pomijając już fakt ogólnie nienajlepszej oprawy, do której w trakcie gry można przywyknąć, skupiając się na sieczce, nie sposób przyswoić sobie mało ciekawych, ograniczonych projektów poziomów. Nie twierdzimy, że wszystkich, gdyż Minas Tirith, Minas Morgul czy Rivendell prezentują się całkiem okazale. Szkopuł w tym, że gdzieś umknęły twórcom epickie bitwy znane z filmowego pierwowzoru, zastąpione przez pojedynki z grupkami przeciwników. Wygląda to szczególnie nieciekawie w misjach rozgrywanych na przykład w Helmowym Jarze czy na Polach Pelennoru. Oglądamy wówczas toczące się w tle zażarte boje całej masy oddziałów, robiące za atrapę, podczas gdy gracz patyczkuje się jedynie z jakimiś niedobitkami.

Prawdę powiedziawszy spodziewaliśmy się czegoś więcej po batalistycznej części gry, mając w pamięci choćby Vikinga sprzed roku i rzeź z udziałem setek jednostek. Ale to chyba niefortunne porównanie, gdyż w Podboju nie uświadczymy nawet krwi, obecnej w produkcji Creative Assembly aż w nadmiarze. Pozostaje napawanie się losowymi pomrukami i okrzykami bojowymi, którym wtóruje znakomita ścieżka dźwiękowa. Nie ma się jednak czemu dziwić, wszak soundtrack autorstwa Howarda Shore’a pochodzi wprost z filmu, dając o sobie znać w kluczowych momentach bitew. Skutecznie rozbudza wyobraźnię i nieco przygaszoną atmosferę, motywując tym samym do skończenia rozgrywanego etapu.

I tyle z Podboju...

Chyba zbyt wiele oczekiwaliśmy po Podboju, otrzymując w rezultacie prostą, żeby nie napisać prostacką grę akcji, zaprojektowaną głównie z myślą o zabawie wieloosobowej. Niewiele jest tu interesujących elementów przyciągających do gry na dłużej niż kilka godzin. Po skończeniu króciutkich kampanii w ramach trybu singleplayer pozostaje zabawa wieloosobowa, oferująca nieco więcej wrażeń niż pojedyncze misje. Oczywiście, o ile będziecie na tyle cierpliwi, by znaleźć kogoś do gry oraz skłonni przymknąć oko na brak odpowiedniego zbalansowania poszczególnych klas postaci. Z pewnością nie jest to szczytowa produkcja - bądź, co bądź - utalentowanych ludzi z Pandemic Studios. Sprawia wrażenie gry przygotowywanej w pośpiechu, niespójnej, generalnie składanej naprędce, którą można było szybko wydać, po czym o niej zapomnieć. Chyba tylko filmowe realia i znani bohaterowie ją ubarwiają i ratują od finalnej klęski. W ostateczności, jeżeli naprawdę nie macie w co grać, można po Podbój sięgnąć, by nieco pohasać po znajomych lokacjach.

Materiał wideo

PCWładca Pierścieni: Podbój

  • ścieżka dźwiękowa z filmu
  • mimo wszystko gra wieloosobowa
  • niezbyt ciekawe i króciutkie kampanie
  • słaby balans klas postaci w trybie multi
  • niedzisiejsza oprawa graficzna

Na granicy przyzwoitości

Najnowsze
Lubisz nas?