InformacjeFelieton

W samo południe, zaczynając kolonizację obcego globu

... Lucas the Great

Droga wycieczko, dotarliśmy właśnie do granic poznania. Jeśli ktoś dołączył teraz, proponujemy prześledzić naszą drogę, dobry punkt wyjściowy znajduje się w poprzednim felietonie. Przemierzyliśmy lata świetlne i dotarliśmy do Nowego Świata. Nasz kosmiczny Mayflower orbituje w blasku obcego słońca. Przed nami nowy, dziewiczy świat - pora zadać sobie kilka pytań... Czy ów glob, wstępnie zakwalifikowany jako nadający się do kolonizacji, naprawdę jest tak dziewiczy, jak nam się wydawało? Jakie nieznane zagrożenia czają się na powierzchni naszego potencjalnego nowego domu?

Droga wycieczko, dotarliśmy właśnie do granic poznania. Jeśli ktoś dołączył teraz, proponujemy prześledzić naszą drogę, dobry punkt wyjściowy znajduje się w poprzednim felietonie. Przemierzyliśmy lata świetlne i dotarliśmy do Nowego Świata. Nasz kosmiczny Mayflower orbituje w blasku obcego słońca. Przed nami nowy, dziewiczy świat - pora zadać sobie kilka pytań... Czy ów glob, wstępnie zakwalifikowany jako nadający się do kolonizacji, naprawdę jest tak dziewiczy, jak nam się wydawało? Jakie nieznane zagrożenia czają się na powierzchni naszego potencjalnego nowego domu?

W ten sposób wkroczyliśmy na jedno z najżyźniejszych poletek w science-fiction. Pytań związanych z kolonizacją nowego świata jest niepomiernie więcej niż odpowiedzi dostępnych dla współczesnej nauki. W takie miejsca wkraczają fantaści. Ci hołdujący hard s-f wykazują się w tym momencie szeroką wiedzą o ekosystemach, chemii, biologii. Z drugiej strony, mamy jednak twórców, dla których detale naukowe znaczą mniej niż prawda o człowieku i jego skrywanych lękach, fobiach i obsesjach. Niezależnie od „specjalizacji” można wśród nich wyróżnić dwa nurty: profesjonalistów i populistów. Jako graczy powinno nas nieco martwić to, że nasza ulubiona forma rozrywki gromadzi mimo wszystko twórców z tej drugiej grupy. W literaturze – rzecz dosyć oczywista – znajdziemy niemalże po równo pulpy i dzieł wybitnych. Co może najbardziej zaskoczyć, to fakt, iż akurat na tym odcinku fantastyki większość filmów reprezentuje relatywnie wysoki poziom. Ot, taki paradoks, dotyczący nawet Hollywood.

Zastanówmy się więc, jak mogą wyglądać pierwsze kroki człowieka na obcej planecie. Oczywiście istnieje niezerowa szansa, że wszystko przebiegnie jak z płatka... ale kto by chciał grać/czytać/oglądać idylliczny obraz przez kilka do kilkudziesięciu godzin? Opowieść powinna mieć swój dramatyzm, do tego – bądźmy szczerzy – nasze ludzkie doświadczenia z wizyt we wszelakich „nowych światach” nie napawają optymizmem... Historia uczy nas, jak zachowuje się człowiek, który zyskuje dostęp do – pozornie – nieograniczonych zasobów ziemi i surowców. Z tej samej lekcji wynika wniosek, iż nie potrzebujemy Obcych, by zaczęła się krwawa wojna.

Jednakże motyw bratobójczych wojen jest niespecjalnie chętnie wykorzystywany przez twórców – jeśli już po niego sięgają, to umieszczają go w tle. W każdym razie na pewno nie bezpośrednio. Chętniej wydzielamy z naszego profilu psychologicznego pewne elementy i nazywamy je „tymi Obcymi”, po czym kreujemy wojnę pomiędzy nami a fragmentami nas. O standardowym mechanizmie tworzenia innych ras porozmawiamy sobie jednakże dopiero przy okazji space opery w czystej formie. Dziś tylko napoczniemy ten temat, koncentrując się na Nieznanym.

O ile w części opowieści o kolonizacji od samego początku ludzkość ma świadomość, że nową kolonię zamieszkuje inna inteligentna rasa, dużo częstszy jest właśnie motyw kontaktu z opóźnionym zapłonem. Dominują tu dwa scenariusze. Albo ludzkość nie zauważa, że pewne formy życia reprezentują dużo wyższy poziom rozwoju, niż się na początku wydawało, albo... Obcy po jakimś czasie wychodzą z ukrycia. W tym drugim przypadku zwykle chodzi o nadmierną ekspansję kolonii albo zbyt intensywne badania. Obce rasy mogą być natywne dla planety bądź też pochodzić z kosmicznego importu – ta różnica może okazać się bardzo znacząca... Pora na sporą garść przykładów. Chyba najbarwniej opisał obcość lokalnych gatunków Orson Scott Card. W doskonałym Mówcy umarłych wykreował coś tak obcego dla człowieka, że póki co ludzka wyobraźnia nie potrafi sięgnąć dużo dalej. Oczywiście – jak przystało na świetnego warsztatowca – skontrastował specjalnie Obcych z niemal archetypicznym ludzkim konserwatyzmem, czyli katolicyzmem w wydaniu latynoamerykańskim. Trudno o bardziej makabryczne w skutkach zderzenie.

Kino nie sięgało nigdy po tak kompleksowe zestawienia, stawiało chętniej na czystą, elementarna grozę. Wspomniałem, że Obcy nie muszą być rasą natywną na kolonizowanej planecie? Wiem, że wspomniałem... Wiem też, że domyślacie się, jakie miejsce odwiedzimy jako następne: księżyc LV-426. To tam człowiek napotyka statek Obcych, na którym znajduje jaja xenomorphów. Potem, w korporacyjnym gonie do zdobywania nowych przyczółków, zostaje tam założona kolonia, która staje się łupem obcych form życia. Mowa oczywiście o dwóch klasycznych już obrazach Alien i Aliens, których przydługawych i niepotrzebnych polskich podtytułów nie mam cierpliwości przytaczać. Wizja doskonałych biologicznych maszyn do zabijania zagnieździła się dzięki tym filmom na stałe w naszej wyobraźni.

Wiele ze wspomnianych filmów zaczerpnęli twórcy Pitch Black. Kontynuację tego filmu na razie odkładamy ad acta, gdyż zbyt różni się założeniami od pierwowzoru. W Pitch Black mamy również doskonałe maszyny do zabijania, ale tym razem czają się one głęboko pod powierzchnią martwej planety. Czekają, aż zapadnie zmrok i wyruszają na łów. A noc na owym globie trwa bardzo długo... Motyw skrzydlatych (ale nie tylko) potworów mieszkających pod powierzchnią skopiowali twórcy gry Gears of War – ale u nich Obcy czekali niewiarygodnie długo, spokojnie grali swoje obce karty przez wieki, dopóki ludzcy osadnicy nie dokopali się do nich w chciwym poszukiwani złóż. Zło drzemiące pod skorupą świata – skąd to znamy? Ano z wizji złych zaświatów w wielu religiach.

Groza wywołana przez nagły atak obcych form życia to niemalże najprostsza formuła horroru. Dużo trudniej jest skutecznie budować grozę, gdy Obcy nie ma kłów, pazurów, nie strzyka jadem, kwasem ani ogniem. Wtedy trzeba używać psychologii. Zupełnie tak, jak uczynił to Stanisław Lem w Solaris. Wykreował coś tak obcego, że aż całkowicie niepoznawalnego, tak obcego, że aż niepostrzegalnego przez podstawowe nasze zdolności analityczne jako „obce”, a raczej jako „niepojęte”. Byt, któremu dalej do klasy „rasy z kosmosu” niż do klasy „istota boska”. Boska, ale dojmująco obca, co doskonale zostaje przez pisarza udowodnione. Groza, która się pojawia w Solaris, nie gra na naszych reakcjach organicznych, lecz sięga do samego jądra naszego jestestwa. A tam, głęboko w nas, śpią najgłębsze lęki...

Ech, południe już niemal wybiło, a my wciąż w ogródku. Wychodzi na to, że nie wywiązałem się z zeszłotygodniowych obietnic. Cóż, im głębiej w las, tym więcej drzew... Na własną obronę dodam, że za tydzień będzie kolejny wtorek, może uda się zbliżyć o kilka następnych kroków do końca tematu... Czyżby planowany felieton miał się rozrosnąć do rozmiarów porównywalnych z książką? Cóż, tego ani Wam, ani sobie nie życzę...

Najnowsze
Lubisz nas?